Kryzys – jest czy go nie ma? Był czy nie było?

14 grudnia 2009

Kryzys już niby mija. Trwał u nas w teorii rok czy półtora, co dla zwykłego zjadacza chleba objawiło się głównie szumem medialnym i spowolnieniem akcji kredytowej w bankach. Ja przez ten czas obserwowałem moje mini osiedle i oto jakie wnioski się nasuwają.

1. W tym roku, czyli w roku „kryzysu”, wystartowała rekordowa liczba budów. Być może ludzie zdarzyli uzyskać kredyt przed wybuchem paniki. Tak czy inaczej, buduje się u nas aktualnie więcej niż przez minione 10 lat. Tutaj kryzysu nie widać.

2. Pojawiły się działki i budynki na sprzedaż. W ostatnim czasie nikt nie chciał sprzedawać. Widać było tylko potencjalnych kupujących. Co z tego wynika? Nie mam pojęcia. Z jednej strony sprzedawać muszą ci, którzy popadli w kłopoty finansowe. Z drugiej strony sprzedawać chcą ci, którzy aktualnie liczą na największy zysk. Ceny nieruchomości stanęły i nie wiadomo kiedy i czy w ogóle pójdą w górę. Może to i dobry czas na sprzedaż. Tutaj kryzys widać, ale nie odbija się ani na plus ani na minus. W zasadzie wszyscy powinni się cieszyć. Kupujący – że szalony wzrost cen został zatrzymany, sprzedający – że wartość ich nieruchomości osiągnęła poziom dający przyzwoity zwrot z inwestycji.

3. Wykonawcy mają wolne terminy. Tu kryzys widać. Oznacza to, że w skali globalnej, mimo wszystko, mniej się buduje. Nie ma jednak dramatu, bo wykonawcy nie są skorzy do obniżania swoich, wysokich zresztą, wynagrodzeń. Prawdziwy kryzys zmusiłby ich do tego. Zatem kryzys jest, ale niewielki.

Tak to wygląda z punktu widzenia mojego mini-osiedla. Wygląda na to, że nie taki kryzys straszny, jakim go media malowały. Przeciętnemu Kowalskiemu ten kryzys wychodzi nawet na dobre, przynajmniej jeśli chodzi o nieruchomości. Bo nasz „kryzysik” zatrzymał szalejącą falę wzrostów cen nieruchomości, materiałów, robocizny.

Dylematy: Ogrodzenie – kute czy siatkowate?

12 grudnia 2009

Po zbudowaniu domu, a czasem już w trakcie budowy, człowiek staje przed dylematem wyboru ogrodzenia. O ile prościej jest zdecydować się, gdy konto wypełnia jeszcze gotówka z kredytu, to wiele trudniej coś wybrać, gdy trzeba wyłożyć zasoby z dochodów bieżących.

Ja niestety byłem w tej drugiej sytuacji. Budowa skończona, kredyt już trzeba spłacać, a gotówki ciągle mało. Marzyło mi się pierwotnie ogrodzenie z czerwonej cegły klinkierowej, wypełnionej elementami kutymi. Pięknie by to współgrało z czerwoną dachówką i balustradami na balkonach (elementy kute). Latem robiłem przymiarki i wyszło 13-18 tys. zł za same elementy stalowe, w miarę prostej formie, bez udziwnień. Brama przesuwna, dwie furtki – wejściowa i śmietnikowa. Do tego klinkier – ok. 5 tys. za materiał, plus niemal drugie tyle robocizna. Doliczając koszt solidnego fundamentu wyszło około 30 tys. zł za 30 mb ogrodzenia, nie licząc automatyki (która też jest w planach). Zakładając, że fundament i murowanie klinkieru zrobiłbym sam (o ile starczy urlopu), to i tak zostaje 23-25 tys. zł. Dużo. Za dużo!

Mógłbym się spiąć, pożyczyć tu i tam, ale czy warto? Czy warto spełniać marzenia za wszelką cenę? Przecież tyle jeszcze do zrobienia – taras, cokoły, garaż, łazienka na piętrze, meble… Słowem, dożywocie mnie czeka. Czy warto w takim przypadku spinać się na ogrodzenie? Nie warto! Jak już, to może za 10 lat, jak już nie będę miał na co wydawać.

Co w związku z tym? Robimy ogrodzenie tańsze, ale bez prowizorki. Coś co wytrzyma te 10 lat, korozję, szaleństwa niemal 30kg psa, no i nie będzie kosztowało majątku. Wybór padł na panele ogrodzeniowe. Z wyglądu nieco przemysłowe, a jednocześnie przezroczyste, neutralne, wtapiające się w otoczenie, w zieleń ogrodu (malowane na zielono). Trwałość? Ocynk i malowanie – powinno wytrzymać długo, w porywach do bardzo długo. Napór psa wytrzyma, bo wykonane z prętów (drutu?) 5mm. Tylko co z podmurówką? Wylewać czy nie wylewać?

Ostatecznie ze względów oszczędnościowych, zrezygnowaliśmy z fundamentu. Ogrodzenie lekkie i jako takie nie wymaga solidnej podstawy (pomijając bramę, która musi mieć solidny fundament). Pies nie ma tendencji do podkopywania, ba, nawet przez sporą dziurę nie chce jej się przejść – leniwiec jeden, boi się otarć czy coś. Zrobimy podmurówkę z gotowych krawężników, a raczej obrzeży chodnikowych. I to nie teraz, a na wiosnę dopiero. Poradzę sobie sam. Wysokość 25 cm. Bez szaleństwa, ale powinno wystarczyć. Naszego psa powstrzyma.

Ostateczna wycena – ok. 9 tys. zł. Obejmuje wykonanie bramy samonośnej, furtek, cenę paneli i słupków (w tym spora zatoka śmietnikowa) oraz robociznę. Wyszło trzy razy taniej od wypasionego pierwowzoru. I nam się podoba. Nie tylko finansowo, ale także wizualnie. Ogrodzenie schludne i neutralne. Nie rzuca się w oczy. I o to chodzi. Nie ma zachwycać, ma być przede wszystkim praktyczne. Na wiosnę dołożymy automatykę do bramy i na tym koniec. Może kiedyś, w nie dalekiej lub dalekiej przyszłości spełnimy nasze marzenia o klinkierze. Kiedyś ….

Zwrot VAT za materiały budowlane

27 marca 2009

Jako, że już drugi raz złożyłem wniosek o zwrot części podatku VAT za materiały budowlane, dzisiaj podzielę się z wami informacjami na ten temat.

Podstawy

Zwrot VAT przysługuje tylko na te materiały, na które podwyższono swego czasu (1 maja 2004 r.) VAT z 7 do 22%. Osoby budujące, rozbudowujące lub remontujące dom/mieszkanie, mogą odliczyć tą właśnie różnicę 15%. Oczywiście sama operacja jest skomplikowana i obarczona wieloma warunkami, ale do tego jesteśmy już przecież przyzwyczajeni. W końcu żyjemy w Polsce.

Limity

Limit zwrotu, jaki możemy uzyskać, zależy od dwóch głównych czynników. Mniejsza kwota zwrotu przysługuje osobom, które już wcześniej korzystały z ulgi mieszkaniowej. Inaczej też jest rozliczana budowa (inwestycja wymagająca pozwolenia na budowę), a inaczej remont. W końcu limit przysługuje tylko na 70m kw. domu/mieszkania. Jeśli nasze lokum jest większe, będziemy mogli odliczyć tylko część nadpłaconego VAT’u.

Jak liczyć?

Po pierwsze musimy sobie przygotować wszystkie faktury. Następnie odrzucamy te, na których widnieje VAT 7%, czyli za wszystkie materiały zakupione z robocizną (np. drzwi z usługą montażu). W tym przypadku VAT odliczyliśmy niejako w momencie zakupu.

Następnie przeglądamy każdą fakturę, wybierając tylko te pozycje, które podlegają zwrotowi. A skąd wiadomo które to pozycje? Ano trzeba szukać po symbolach PKWiU. Ministerstwo Finansów przygotowało listę materiałów, dla których w 2004r. podniesiono stawkę VAT. Sprzedawca nie ma jednak obowiązku wpisywania symbolu PKWiU. I tu jest pies pogrzebany. W teorii mamy prawo zakwalifikować taką pozycję według własnego uznania, na przykład w oparciu o listę Ministerstwa i podobieństwo do wyszczególnionych tam pozycji. W praktyce US może nas jednak wtedy wezwać i zażądać wyjaśnień. Zapewne odbije się to dodatkowo na czasie rozpatrzenia wniosku. Dlatego lepiej jest uzupełnić fakturę o symbol PKWiU, korzystając z jednej z kilku dostępnych w internecie wyszukiwarek. Nie jest to trudne, ale może się niestety okazać pracochłonne, szczególnie, gdy mamy wiele „niekompletnych” faktur.

Na koniec trzeba przepisać dane z faktur do odpowiednich formularzy (linki na końcu artykułu). Jeśli dana faktura kwalifikuje się w całości, to wypełniamy jeden wiersz formularza. Jeśli kwalifikują się tylko niektóre pozycje z faktury, to każdą z pozycji trzeba przepisać z osobna (sic!).

Jak już przez to wszystko przebrniemy, to pozostaje zrobić kopię faktur i razem z wypełnionymi wcześniej formularzami zanieść do US. Razem wychodzi całkiem pokaźna porcja „makulatury”.

Kiedy składać wniosek?

Wniosek najlepiej jest złożyć po zakończeniu inwestycji, gdy mamy już zebrane wszystkie faktury. Jeśli jednak inwestycja trwa długo, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby złożyć kilka wniosków. Jedyne ograniczenie polega na tym, że wniosek możemy złożyć raz w roku. Ja, budując i wykańczając dom, składam wniosek zawsze na koniec roku. Dzięki temu mogę szybciej otrzymać zwrot części wydatków, a jednocześnie mam furtkę otwartą na kolejny rok.

Kiedy zwrot?

Urząd Skarbowy ma pół roku na rozpatrzenie naszego wniosku. Po zaakceptowaniu wniosku, powinien przelać należne środki na nasze konto w przeciągu miesiąca (tu nie jestem do końca pewien). Tyle teoria. A praktyka? Urząd przeciąga jak tylko może. Takie głosy wyczytałem na forach i tak było w przypadku mojego pierwszego wniosku. Zwrot otrzymalem po 5,5 miesiąca. Obecnie czekam już niemal trzy miesiące na drugi zwrot i pewnie poczekam jeszcze ze trzy.

Pliki do pobrania

Na koniec kilka plików niezbędnych do rozliczenia:

Zwrot VAT krok po kroku – broszura Ministerstwa Finansów

Wykaz materiałów, na które podwyższono stawkę VAT

Formularz VMZ-1

Formularz VMZ-1 (A)

Formularz VMZ-1 (B)

Co nowego?

30 listopada 2008

Dawno nie pisałem, trochę dlatego, że przez jakiś czas nie miałem w domu dostępu do internetu, trochę dlatego, że nie było czasu. W każdym razie żyję, mam się dobrze, a budowa trwa, bo budowa nigdy się nie kończy.

Kilka osób prosiło mnie o zdjęcia. Zatem ten wpis okraszę nimi jak się tylko da, a więcej znajdziecie oczywiście w mojej galerii (trzeba kliknąć w zdjęcie, by do niej przejść).

Zacząłbym od kuchni, bo jeszcze jej publicznie nie prezentowałem. Problem w tym, że w kuchni zawsze panuje bałagan, a bałaganu nie wypada fotografować. W ten sposób temat kuchni zostanie pominięty. Może zrobimy porządki na święta i wtedy … może …

Nasze schodyMam za to świeże zdjęcia naszych schodów, chociaż schody już nie takie świeże.  Schody zostały zmontowane przez wujka Kasi, z zawodu stolarza. Wyszly pięknie, nie to żebym chwalił rodzinę. Zresztą zobaczcie sami.

Tipsi - nasz piesekOstatnio schodom przybyły furtki zabezpieczające komunikację przed dziećmi. Dzieci jeszcze się wprawdzie nie dorobiliśmy, ale zaadoptowaliśmy psa. W zasadzie prawie jak dziecko. Kasia się śmieje, że nasze dziecko wdało się w tatusia, przynajmniej jeżeli chodzi o bujność owłosienia. Cóż, trudno się nie zgodzić. Zresztą zobaczcie sami.

Nasz pies to w zasadzie suczka. Wabi się Tipsi i ma równiutkie cztery miesiące. 15 kilogramowy szczeniaczek jest mieszańcem Golden Retrievera z … hm, no właśnie, czy ktoś zna może jej ojca? W każdym razie wygląda jak czarny Golden (o ile golden może być czarny ;) i usposobienie ma też raczej goldenowe.

Domek - elewacjaWracając do tematów budowlanych, to należałoby się pochwalić, że nasz domek w końcu zyskał kolorek. Nie obyło się wprawdzie bez walki, ale najważniejsze, że zdążyliśmy przed zimą. Pierwotnie elewacja miała być robiona na początku września, jednak pierwsza ekipa się nie stawiła do pracy. Jako, że pan Adam Malak ze Szczecina przestał odbierać telefony ode mnie, pozdrawiam go przez bloga ;) Z pewnością wszyscy będą zainteresowani tym, że pan Adam przyjmuje pracę, a później się do niej nie zabiera, przekładając co rusz terminy.

Starczy narzekania. Elewacja jest, ekipa spadła mi z nieba, bo oczywiście nie sposób było znaleźć kogoś w trybie pilnym. Najważniejsze, że wyszło ładnie.

podsufitkaTa sama ekipa zrobiła też podbitkę (czy podsufitkę, jak kto woli). Choć wygląda jak drewniana i wiele osób daje się nabrać, to tak naprawdę jest z plastiku. Fakt, że materiał kosztował prawie tyle co drewno, ale przynajmniej może nie będzie trzeba malować. Trochę się boję, żeby nie wypłowiała tylko na słońcu. W większej części jest schowana pod dachem, więc nie będzie problemu, ale przy ścianach szczytowych jest trochę odsłonięta. Zobaczymy jak to będzie.

W następnym odcinku:

  • światełka w podbitce,
  • kafle na balkonach.

Tylko najpierw muszę wyprodukować kilka zdjęć.

Mieszkamy

23 sierpnia 2008

W zasadzie mieszkamy już od początku maja, ale jakoś nie było okazji napisać. Początkowo był chaos – spaliśmy w salonie, który był jedynym względnie wykończonym pokojem. Kuchni praktycznie nie było – ledwie kilka szafek użyczonych przez teściów, maszynka elektryczna do gotowania, czajnik bezprzewodowy i AGD do zabudowy bez zabudowy. W łazience brakowało szafek, a więc i zlewu, którego nie było na czym postawić. Myliśmy się w zlewie gospodarczym, w kotłowni.

Okazuje się, że warto było zamieszkać na takiej prowizorce. Daje to niesamowitą mobilizację do działania, szczególnie, że jesteśmy ludźmi ceniącymi porządek. Przez te prawie cztery miesiące udało się zrobić na prawdę sporo. Po pierwsze dorobiliśmy się kuchni – teraz to prawdziwe serce domu i pomieszczenie reprezentacyjne zapięte niemal na ostatni guzik. Łazienka także dokończona, brakuje jedynie wieszaczków, ale bez tego można jakoś żyć. Udało się także zrobić schody (wyglądają pięknie) oraz część podłóg na poddaszu, dzięki czemu sypialnie przenieśliśmy z salonu na piętro. Ze szwagrem zmontowaliśmy szafki i blat w kotłowni, więc nasz dom zyskał w pełni funkcjonalną pralnię. Tak, pralnię, bo oprócz pieca mamy w kotłowni pralkę i zlew gospodarczy. Szafki wprawdzie z marketu, ale wyglądają znośnie, a kosztowały grosze. W pomieszczeniu gospodarczym nie potrzeba nam marmurów. Kasia szaleje na ogrodzie, który też powoli zaczyna pięknieć, tutaj jest jeszcze jednak wiele do zrobienia. Nie tak łatwo jest zagospodarować 1500 metrów nieużytków przypominających krajobraz księżycowy.

Oczywiście wiele jeszcze przed nami. Przed zimą musimy zrobić balkony, żeby nam nie zaciekało po ścianach. Będzie też kończona elewacja (puc) i podbitka. Niestety przystopuje to prace wewnątrz, bo pochłonie wszelkie oszczędności, których zresztą i tak nie mamy. Zimą będziemy pewnie malować resztę pokoi na poddaszu. Może uda się dokończyć podłogi. Niestety prace są spowalniane przez dziurę w budżecie. Na wszystko trzeba powoli zarobić.

Po miesiącu

20 kwietnia 2008

Właśnie zauważyłem, że ostatni wpis poczyniłem cały miesiąc temu. To uświadamia mi jak dużo czasu poświęcam ostatnio na roboty wykończeniowe. Pochłaniają one cały mój wolny czas oraz urlop. Przy pomocy sił własnych oraz rodziny udało się ostatnio pomalować dużą część ścian. Mamy już prawie gotowy parter i wymalowany jeden pokój na poddaszu, gdzie chcemy urządzić sypialnie. W miniony piątek w salonie ułożone zostały panele, zatem salon jest już prawie na gotowo. Brakuje tak na prawde kilku szczegółów. Trzeba dokończyć montaż osprzętu elektrycznego i … posprzątać. Pierwsze zadanie jest moje, drugie mojej żonki – podział klasyczny.

Jako, że ściany i sufity wymalowane, można było w końcu odpalić na stałe wentylację. Pierwsze wrażenia są na prawdę obiecujące. Wchodząc do domu nie czuje się prawie żadnej zmiany. Powietrze jest prawie tak samo świeże jak na zewnątrz, z tą tylko różnicą, że jest cieplejsze. Dla mnie genialne. Mam nadzieje, że w końcu przyjdą ciepłe dni i będzie można wypróbować quasi-klimatyzację w postaci gruntowego wymiennika ciepła.

Z rzeczy ważnych, udało się w końcu zrobić posadzki na balkonach i tarasie. Brakuje jeszcze obróbek blacharskich, ale progres i tak cieszy. Jest równiutko i w końcu woda spływa we właściwym kierunku. Udało się też złapać właściwe poziomy. Na poddaszu posadzka balkonów jest na poziomie posadzek w pokojach, więc wychodzić się będzie wygodnie. Na parterze taras wyszedł nieco niżej, ale i tak jest nieźle, bo pierwotnie próg był duży, a obecnie jest brakuje mu jakichś 5cm do poziomu parteru. Po ułożeniu kafli powinno być dobrze.

Wiosenne porządki

20 marca 2008

Korzystając z wiosennej pogody jaką mieliśmy w zeszły weekend, zrobiliśmy porządki na naszej budowie. Zamówiony kontener o pojemności 4m3 ledwo wystarczył. W zasadzie przydałby się większy, ale drobiazgi które pozostały do uprzątnięcia będziemy sukcesywnie pakować do śmietnika, który na stałe zagościł dzisiaj przy naszym domu. Grunt to nie dopuścić do tego, by góra śmieci wyrosła ponownie.

A podczas porządków Kasia z moim tatą przepędzili dzikiego lokatora – szczura – który zadomowił się pośród góry styropianowych ścinków i innych ciekawych odpadów pobudowlanych.

O czajnikach nieco inaczej

19 marca 2008

Na forum rozgorzała ostatnio dyskusja o cenach robocizny, których wzrost wydaje się nie mieć końca. Chciałbym poruszyć ten temat także na swoim podwórku. My mieliśmy nieprzyjemność budować w okresie lawinowego wzrostu cen – i to zarówno materiałów jak i robocizny. O ile ceny materiałów przestały szybować w górę, robocizna ciągle uparcie zmierza w kierunku średniej unijnej. Robocizna dla domu średniej wielkości sięga już 100tys. złotych. Cena zawrotna, zważywszy, że jeszcze dwa-trzy lata temu, były ekipy, które dom budowały za 15-20tys. zł. Zarobki nie wzrosły aż tak bardzo, więc pojawia się pytanie – dlaczego tak się dzieje. Odpowiedź nie jest łatwo znaleźć. Wymienię kilka czynników, które moim zdaniem mają wpływ.

1. Prawa ekonomii – popyt i podaż. Popyt na robociznę rośnie, a podaż maleje, bo wykonawcy pouciekali na zachód. Ceny muszą rosnąć.

2. Kredyty. Dostępność kredytów sprawia, że „stać” nas na więcej. Przynajmniej tak się nam wydaje. Wykonawcy dyktują zawyżone warunki, a my na nie przystajemy, bo wydaje się nam, że takie ceny to norma.

3. Więcej budujemy. Ilość wydanych pozwoleń rośnie z roku na rok. Polacy nie chcą już najwidoczniej mieszkać w blokach. Tylko nie ma komu budować domów. Dalej patrz punkt pierwszy.

Jak zapobiec wzrostom cen? Wystarczy spojrzeć raz jeszcze na wymienione wyżej czynniki.

Ad 1. Zaprośmy do siebie tańsze ekipy ze wschodniej części kraju, gdzie ceny robocizny są znacznie niższe albo pójdźmy jeszcze dalej i zaprośmy fachowców zza wschodniej granicy. Budujące jest to, że naszym rynkiem zaczynają się interesować firmy zza zachodniej granicy, o czym pisze dzisiejsza Gazeta. Ceny są jeszcze nieco wyższe od naszych, ale niedługo mogą się wyrównać. Nic nie zrobi nam lepiej niż odrobina konkurencji. A do tego możemy zyskać na jakości, bo nie od dzisiaj wiadomo, że niemcy są mistrzami budownictwa.

Ad 2. Tutaj wszystko w rękach banków. Powoli dochodzimy do miejsca, w którym nasze możliwości kredytowe będą niewystarczające, by udźwignąć koszt budowy domu (ale także zakup mieszkania). Jeśli nie wzrosną zarobki, to boom budowlany może się zakończyć. Nawet jeśli zarobki wzrosną, to mogą nie dogonić cen robocizny.

Ad 3. Tutaj ciężko coś wskórać, tym bardziej, że wszystko zmierza w kierunku uproszczenia procedur uzyskiwania pozwoleń na budowę. Będzie ich więcej, ale ratunkiem mogą być galopujące ceny działek. Nie będzie pozwoleń, jeżeli Polaków nie będzie stać na zakup działki.

Jest jeszcze jedna oczywista oczywistość. Na wysokie ceny wcale nie musimy (i nie powinniśmy) się godzić. Jeśli jakaś ekipa zawyża wycenę i nie pozwala na negocjacje, to powinniśmy szukać innej. Poszukiwania trzeba w takim przypadku zacząć odpowiednio wcześniej, ale na pewno warto, bo gra toczy się o duże pieniądze. Jako przykład podam, że wyceny robocizny mojego stanu surowego zawierały się w przedziale 40 – 90 tys. zł. Wszystkie od sprawdzonych i poleconych ekip. Wybrałem ofertę najtańszą, od ekipy, która nie została oceniona jako wzorowa, ale z pewnością buduje zgodnie ze sztuką. Mógłbym wybrać ekipę „wzorową” ze szczytu przedziału cenowego, tylko wtedy mój budżet by się nie spiął, musiałbym ciąć koszty, stosując materiały gorszej jakości albo rozłożyć budowę na kilka lat.

Na koniec o tytułowych czajnikach. Ktoś na forum napisał odnośnie mojego wyboru:

To takie typowe u Polaków – idąc po czajnik elektryczny za 50 zł bierzemy gwarancję, a do budowy domu za pareset tysięcy zł szukamy ekip najtańszych.

Mnie nie stać na czajnik za 500zł, wybrałem więc taki za 50zł, ale wcześniej zapytałem znajomych o ich czajniki i wybrałem sprawdzony model, który będzie mi pewnie służył przez wiele lat.

Wykończeniówka wykańcza

21 lutego 2008

Od dawna znałem tą prawdę, ale dopiero teraz czuje to na własnej skórze. Wykończeniówka wykańcza mnie zarówno finansowo, jak i psychicznie. Do przemyślenia jest bardzo dużo detali – kolory ścian, rodzaj i kolor płytek, wygląd kuchni i jej wyposażenie, to samo odnośnie łazienki, wybór osprzętu elektrycznego, drzwi wewnętrznych, drzwi do garażu i jeszcze masa innych rzeczy. Jeśli dodać to tego potrzebę bieżącego organizowania materiałów, umawiania ekip i przerabiania całej papierologii potrzebnej do odbioru budynku, to łatwo daje się wytłumaczyć dlaczego ostatnio brakuje mi czasu na pisanie bloga.

Wykończeniówka wykańcza także finansowo. Wiem, że Ameryki tutaj nie odkrywam, dochodzę jednak powoli do wniosku, że trzeba być milionerem, żeby od razu wykończyć dom i jego otoczenie tak, jakby sobie człowiek tego życzył. Nam pieniędzy wystarczy jeszcze na łazienkę, podłogę w salonie, malowanie ścian i osprzęt elektryczny na parter. Do tego chcielibyśmy kupić podstawowy sprzęt AGD. Na tym się nasze bieżące możliwości kończą. Na resztę trzeba będzie zarobić. Najważniejsze jest dla nas to, żeby w końcu zamieszkać na swoim. I nie ważne, że nie będziemy mieli wypasionych mebli, kuchni ani pięknego ogródka. Ważne, że mamy siebie, piękny dom i święty spokój. Reszta przyjdzie sama z czasem.

Teraz wieści z budowy. Dzisiaj jest dobry dzień na pisanie, bo jest się czym pochwalić. Dojechały w końcu długo wyczekiwane kafle do łazienki. Jutro wchodzi ekipa celem ich położenia. Mamy też skompletowane prawie całe wyposażenie łazienki. Brakuje tylko zlewu (wypatrzony, więc jutro kupię) i lustra (jutro wymierzę i zamówię). Inna dobra wieść dotyczy kominka. Został bez mruknięcia poprawiony i w końcu jestem całkowicie zadowolony z efektu. Miałem dobre przeczucie co do ekipy kominkowej – zachowali się naprawdę profesjonalnie. Wszak nie każdy potrafi przyznać się do błędu.

Kominek

18 lutego 2008

Ostatnio trochę mniej jakby pisze, za co wszystkich czytających bardzo przepraszam. Nadszedł w końcu taki okres, że więcej mogę na budowie zrobić własnoręcznie. Tym chętniej się do tego garnę, że środki jakie mieliśmy do wydania, kończą się, a chcielibyśmy zamieszkać w jako-tako wykończonym domu. Już wiemy, że nie uda się zrobić tyle, ile sobie założyliśmy, ale inwestując swój czas wolny, mamy nadzieje polepszyć nieco sytuację.

Dzisiaj kilka słów o kominku. Przypomnę, że wybraliśmy rozwiązanie czysto rekreacyjne – bez żadnego specjalnego rozprowadzania ciepła. O przyczynach wyboru możecie doczytać w starszych wpisach, do czego serdecznie zachęcam. Wracając do tematu, budowa kominka okazała się dużo trudniejsza niż można było sobie na początku wyobrazić. W zasadzie koncepcja zmieniła się diametralnie od moich pierwotnych wyobrażeń. Jedyne co pozostało, to prosta forma. Zmienił się rodzaj wkładu – z prostego na narożny, z szybą giętą pod kątem prostym. Dzięki temu będzie można obserwować ogień zarówno z salonu, jak i od strony jadalni. Przestrzeń między kominkiem a ścianą, która i tak była stracona, wykorzystaliśmy na organizację miejsca na drewno oraz ozdobne, podświetlane półki (o których od zawsze marzyła moja żona). Do półek trzeba było podciągnąć zasilanie, o którym nie pomyśleliśmy wcześniej. Na szczęście udało się to zrobić bez większej rewolucji.

Długo zastanawialiśmy się nad wyborem kamienia. Początkowo podobał nam się beżowy trawertyn. Później zdecydowaliśmy się jednak na ciemne, wpadające w czerwień panele podłogowe. W związku z tym zaczęliśmy szukać pasującego kamienia. Wybór padł na czerwony trawertyn. Kamień drogi, ale wart grzechu. Teraz oceniam, że był to strzał w dziesiątkę. Kamień wygląda rewelacyjnie, a do tego jest bardzo żywy. Jego usłojenie nie jest nudne, z każdej strony wygląda nieco inaczej. Każdy, kto pierwszy raz go widzi, myśli w pierwszym momencie, że to drewno.

Generalnie z kominka i jego formy, którą udało się w trudach wypracować, jesteśmy bardzo zadowoleni. Niestety gorzej z wykonaniem. Na początek wyszło kilka drobnych niedoróbek – niedokładne szpachlowanie skrzyni i niewypolerowany miejscami kamień. Po pierwszym paleniu nastąpiła od razu mocniejsza awaria – rozszerzający się wkład rozsadził w jednym miejscu kamień. Wykonawca nie przewidział chyba tak dużej pracy wkładu, który na dodatek rozszerza się dość nierównomiernie. Za wykonane prace nie zapłaciliśmy jeszcze, więc czekamy na ruch wykonawcy, licząc na sprawne załatwienie sprawy (bo dotychczasowa współpraca układała nam się wzorowo).